Akademia Morska w Szczecinie - Strona Główna
 

 

ŻAGLOWIEC –

ARCHITEKTURA ZŁOŻONA Z LIN I PROSTEGO PŁÓTNA

 „Istnieją trzy ideały piękna: kobieta w tańcu, rumak w galopie oraz żaglowiec pod pełnymi żaglami”. Taką definicję wyraził wielki Honore de Balzac i trudno się z nim nie zgodzić.

Wśród komend, które w życiu wydawałem i które wykonywałem nie ma na świecie piękniejszych komend niż:

„Przebrasować grotbramsel, zdjąć górny marsel, poluzować foksten sztaksel, stanęli na prawych grota, prawych foka, lewych krojca brasach – brasować dwa rumby poza prawy trawers – wzięli brasy”

Pisarz marynista Vittorio G. Rossi określany też jako włoski Joseph Conrad w książce o wielkich żaglowcach napisał: „Architektura złożona z lin i prostego płótna jest wciąż najpiękniejszą architekturą, jaką można podziwiać w naszych barbarzyńskich czasach.”

Przed laty, daleko na wodach Atlantyku, przy zachodzie słońca spotkały się: amerykański wielki lotniskowiec i włoski żaglowiec szkolny idący pod pełnymi żaglami. Wielki lotniskowiec okrążył Włochów, po czym sygnalista lampą – alfabetem Morse’a zapytał: „Jaki To statek?” Odpowiedź brzmiała: „Amerigo Vespucci – włoski szkolny żaglowiec Marynarki Wojennej”. Wtedy z lotniskowca nadeszły kolejne błyski lampą sygnałową: „Jesteście najpiękniejszym statkiem, jaki kiedykolwiek spotkaliśmy na morzu”.

Anegdota ta doskonale oddaje kontrast: Z jednej strony skomplikowane elektroniczne systemy, potężny kadłub i wielkie silniki, z drugiej sekstans i płaty białych żagli. Toporny twór techniki, kontra klasyczne piękno.

Z początkiem XX wieku szybkie, smukłe klipry i ogromne szkunery zaczęły być wypierane przez statki parowe ( silniki spalinowe jeszcze nie były w użyciu).

Po II  wojnie światowej zanosiło się nawet na ostateczny zmierzch epoki żaglowców, a swobodny wiatr na pełnym morzu nie będzie nikomu potrzebny. Ich eksploatacja okazała się zbyt kosztowna, żaglowce nie wytrzymywały konkurencji z nowoczesnymi, szybkimi statkami motorowymi.

Niektóre państwa o dużej tradycji morskiej postanowiły jednak zachować żaglowce na użytek szkolenia przyszłej kadry morskiej ( w Polsce żaglowiec „Lwów”, „Dar Pomorza”).

Wielkim ciosem dla tego rodzaju praktyk stała się tragedia czteromasztowego barku niemieckiego „PAMIR”.  21 września 1957 r. w huraganie o imieniu „Carrie”, na Atlantyku w przybliżonej pozycji 35o 57’ N 40o 20’ W. zatonął żaglowiec wraz z 74 członkami załogi. Uratowało się zaledwie 6 osób, które cudem załapały się na zrywającą się z talii szalupę.

W bocznej kaplicy luterańskiego kościoła św. Jakuba w Lubece wystawiona jest ta szalupa, która uratowała tych sześciu rozbitków. Natomiast nazwiska wszystkich zaginionych wypalone są na desce pochodzącej z zatopionego żaglowca. Do dzisiejszego dnia, rodziny zaginionych składają przy łodzi kwiaty i zapalają znicze w dowód pamięci.

W świecie żeglarskim rozpętała się prawdziwa burza na temat sensu szkolenia przyszłych marynarzy na tak archaicznych jednostkach. W Polsce wśród dyskutantów zabrał głos wieloletni fachowiec szkolenia pod żaglami, pierwszy komendant „Daru Pomorza” – Kapitan Kapitanów Konstanty Maciejewicz.

Pozwalam sobie przytoczyć fragment jego wypowiedzi na łamach miesięcznika „Budownictwo Okrętowe (1958 Nr 6):

Coraz większe postępy techniki w dziedzinie budownictwa okrętowego wywołują wrażenie, że niebezpieczeństwo grożące statkom ze strony morza bardzo zmalało. Jest to wrażenie złudne. Zdarzają się i nadal zdarzać się będą wypadki, w których marynarz stanie oko w oko z groźną potęgą żywiołu. Przyszły oficer marynarki nie posiadający dokładnej znajomości morza, jaką daje praktyka pod żaglami, nie docenia jego niebezpieczeństwa, nie poznaje bowiem istoty jego przyrodzonych właściwości. W chwili niebezpieczeństwa lepszym marynarzem okaże się bezspornie ten, który przeszedł szkołę pod żaglami. Moim zdaniem marynarz-żeglarz zawsze lepiej rozumieć będzie morze i górować będzie znajomością spraw fachowo-morskich nad marynarzem nie posiadającym praktyki żeglarskiej. Praktyka na żaglowcu zmusza marynarzy do stałych, ustawicznych obserwacji zjawisk atmosferycznych i do czynnego ustosunkowania się do nich, do walki z nimi i przezwyciężania ich.

[...] Na zakończenie moich wywodów uważam, że zaprawę morską na żaglowcu szkolnym powinno się zachować dla szkolenia przyszłych oficerów marynarki handlowej oraz części załóg statków handlowych. Przypisuję wiele walorów wychowawczych podróży na „Darze Pomorza”, tzw. podróży kandydackiej.

[...] Należy ze słuszną dumą zauważyć, że naszego „Daru Pomorza” zazdroszczą nam szkoły morskie innych narodów, bogatszych w stare tradycje morskie. W związku z tym chciałbym poświęcić kilka słów pielęgnowaniu naszych własnych polskich tradycji morskich.

[...] Ja sam zostałem wychowany w ogromnym poszanowaniu tradycji morskich i od młodego ucznia przywykłem uważać swój statek za kochany dom i to pozostało mi na zawsze. Należy i u nas zwrócić baczniejszą uwagę i poświęcić więcej serca naszym tradycjom morskim.

Kolejny Kapitan-żeglarz, długoletni komendant Daru Pomorza – kpt.ż.w. Kazimierz Jurkiewicz, wychowawca wielu roczników absolwentów Szkół Morskich zapytany o opinię na ten temat powiedział:

Wiele ostatnio było dyskusji nad tym, czy szkolenie uczniów, względnie kandydatów do szkół morskich powinno odbywać się wciąż jeszcze na żaglowcach, kiedy praca ich przebiegać będzie w innych zupełnie warunkach. Moje zdanie jest niezmienne: właśnie na żaglowcu. Służba na tego typu statku pozwala, ze względu na swą specyfikę, wyrobić w uczniach odporność fizyczną i psychiczną oraz rozbudować wiarę we własne siły. A to bardzo ważna sprawa, zwłaszcza w zawodzie marynarskim.

Te piękne statki napędzane siłą wiatru wygrały jednak batalię o przetrwanie.

Wykształcenie nowoczesnego oficera nie polega tylko na nauczeniu go kierowania załogą i prowadzenia statku, ale także – a może przede wszystkim na wyrobieniu pewnych cech niezbędnych dla człowieka morza.

Idea szkolenia pod żaglami przyszłych oficerów ma bardzo głęboki sens, nawet gdy wiadomo, że całe jego zawodowe życie związane będzie ze statkiem o napędzie mechanicznym. Pływanie na żaglowcu wyrabia nawyk stałej obserwacji pogody i reagowanie na jej zmiany. Wyrabia w żeglarzu wiele zasad, które określamy mianem dobrej praktyki morskiej.

Na statku żaglowym każdego dnia potrzebny jest ten sam wysiłek fizyczny, to samo poświęcenie, ta sama siła woli. Trudne warunki statkowe sprzyjają zdobywaniu praktyki w żeglowaniu na pełnym morzu.

Powstaje specyficzna symbioza między żywiołem i człowiekiem. Człowiek poddawany bezpośredniemu działaniu morza zachowuje się zupełnie inaczej, niż kiedy posługuje się nowoczesną techniką. Dowódca, czy oficer wachtowy na żaglowcu staje przed koniecznością podjęcia szybkich i trafnych decyzji. Potrzebna  jest wtedy duża koncentracja. Załogi żaglowców wyrabiają w sobie też umiejętność współpracy. Nikt sam – w pojedynkę nie postawi kilkudziesięciu czy kilkunastu metrów żagla.

W gdyńskiej Akademii Morskiej studenci szkolą się na żaglowcu Dar Młodzieży – szkoda, że tylko studenci z Gdyni. Studenci ze Szczecina mimo, że podlegają temu samemu ministrowi są dyskryminowani i trudno zgadnąć dlaczego. Jeżeli jednak nie wiadomo o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze.

W wielu krajach na świecie właścicielami żaglowców są uczelnie morskie i to głównie szkoły o charakterze wojenno – morskim.

Wielka Brytania – kraj o tak wielkich tradycjach morskich, zrezygnowała swego czasu ze szkolenia na żaglowcach, jednak obecnie stara się ten błąd naprawić.

Na wszystkich żaglowcach szkolnych zajęcia teoretyczne ustawicznie przeplatają się z praktyką. Dzień zaczyna się od porządkowania statku, szorowania pokładów. Następnie lekcje i zajęcia praktyczne z astronawigacji, roboty linowe, konserwacja i malowanie statku, ćwiczenia alarmowe „opuszczenie statku”, „człowiek za burtą”, czy „alarm p-pożarowy”. W programie są też czterogodzinne wachty morskie. O zachodzie słońca, wolni od służb zbierają się na pokładzie  do ceremonii opuszczenia bandery.

A kiedy zmęczenie osiąga swój punkt szczytowy i zmoczony bryzgami fal uczeń zasypia na stojąco, z letargu budzi go nowy sygnał „Na pokład do zwrotu przez sztag!” do manewrów żaglami. Na żaglowcu trzeba wówczas wykonać niezliczoną liczbę operacji na dwudziestu kilku żaglach. Używając do tej czynności kilometrów lin, szotów, fałów, halsów, brasów przechodzących przez setki bloków.

Na statkach wachty pełni się „na okrągło” przez całą dobę. Szczególnie ważną na żaglowcu jest służba zwana „na oku”. Pełniący służbę obserwuje widnokrąg. Jest to rola niewdzięczna, wymagająca silnej woli, by nie zasnąć w porze nocnej. Wachtowy „na oku” musi zameldować oficerowi wachtowemu o wszystkich światłach pojawiających się w polu widzenia oraz meldować, że palą się własne światła pozycyjne.

Na morzu sytuacja pogodowa może się zmienić gwałtownie. Wiatr przybiera na sile, fale rosną, żaglowiec przewala się na rozszalałym morzu. Następuje redukcja żagli, statek niesie tylko żagle sztormowe. Woda wchodzi na pokład. Niekiedy robi się prawdziwy „koniec świata” odbierający zupełnie wolę życia. W głowie wiruje, żołądek podchodzi do gardła, załoga składa „daninę Neptunowi”. Morze uspokaja się zwykle dopiero po kilku dniach. Kiedy pojawi się słońce i ładna pogoda, powraca także triumfalna radość życia. Ci, którzy przeklinali, że mają już dość tego cholernego zawodu i że jeśli Bóg pozwoli powrócić do żywych, to już nigdy więcej ich noga nie stanie na żaglowcu, czy statku, prędko zapominają o przebytych trudnych chwilach. Życie na żaglowcu jest też szkołą charakteru.

Amerykański admirał John Bergen powiedział: „Kiedy chłopiec wypływa na morze, wraca później mężczyzną. Joseph Conrad napisał: „Nieraz widywałem, jak delikatny chłopiec w czasie podróży zmieniał się nie do poznania – w krzepkiego młodzieńca.”

Praktyka żeglarska rozwija w młodych ludziach dyscyplinę, poczucie obowiązku, wymaga czujności i przezorności.

Wielkie żaglowce to nie tylko kolebki przyszłych kapitanów. To również miejsce, gdzie pielęgnuje się dawne tradycje i ginące zawody morskie, takie jak cieśla okrętowy czy żaglomistrz.

Jest jeszcze jeden niezwykły ważny aspekt posiadania żaglowca szkolnego. Żaglowiec taki jest doskonałym ambasadorem swego kraju, pełni funkcje reprezentacyjne i podnosi prestiż rodzimej floty (szkoda tylko, że nasza rodzima flota nie pływa pod biało-czerwoną polską banderą).

Argentyński „LIBERTAD” przygotowuje zawsze na wejście do portu wspaniały pokaz: stu dwudziestu kadetów w galowych mundurach, w paradzie rejowej, na dany sygnał unosi z głów czapki wydając okrzyk powitania, co zgromadzona na nabrzeżu publiczność wita zawsze burzą oklasków.

Portugalski „SAGRES II” charakteryzuje się tym, że na wszystkich białych żaglach rejowych niesie wielki czerwony krzyż maltański.

Niemiecki „ALEKSANDER VON HUMBOLD” popularnie zdrobniale zwany „ALEX” nosi zielone zamiast białych żagli. (Kadłub Aleks’a to ex latarniowiec Kiel).

„AMERIGO VESPUCCI” – włoska fregata szkolna mimo, że liczy sobie już 60 lat eksploatacji, mosiądze i mahonie na nim doprowadzone są do błysku, błyszczy świeży lakier, rzuca się w oczy nieskazitelnie czysty pokład i idealny klar olinowania oraz żagli.

Nasz „DAR MŁODZIEŻY” a wcześniej „DAR POMORZA”  zawsze były i są zadbane, czyste, i lśniące bielą farby i błyszczącymi mesingami.

To wszystko wzbudza nieskrywany zachwyt wizytujących gości, a młodych chłopców pobudza do wstępowania w szeregi załogi tych żaglowców i pójścia na morze po chleb i przygodę.

Najważniejszą imprezą w karierze takich jednostek jest „Operacja żagiel” (Operation Sail) – zlot żaglowców połączony z regatami. Nazwę tą wymyślili w 1964 roku Amerykanie, chociaż pierwsze spotkanie szkolnych żaglowców odbyło się z inicjatywy szwedzkiego kapitana Arnolda Schumburga w Sztokholmie w 1938 roku. Brał w nim udział polski DAR POMORZA pod dowództwem komendanta kapitana ż.w. Konstantego Kowalskiego.

Piękną oprawę Operation Sail zorganizowano z okazji 200-lecia niepodległości Stanów Zjednoczonych w 1976 roku w Nowym Jorku. Było to niespotykane w naszych czasach skoncentrowanie armady Taill Shipów – jak nazywają te statki Anglicy. Polskę na tej imprezie reprezentował DAR POMORZA pod dowództwem komendanta kpt.ż.w. Kazimierza Jurkiewicza.

O organizację tej prestiżowej żeglarskiej imprezy ubiega się wiele państw i portów. W Polsce ta impreza gościła już pięciokrotnie, zawsze w Zatoce Gdańskiej, w portach Gdańsk lub Gdynia.

W tym roku finał regat „The Tall Ship’s Races 2007” w dniach

4 – 7 sierpnia odbędzie się też w Polsce, ale tym razem w Szczecinie.

Do zobaczenia nad Odrą

na Wałach Chrobrego w Szczecinie

 

                                                                 

                                                                  Wiktor Czapp

                                               Przewodniczący Szczecińskiego Klubu

                                                        Kapitanów Żeglugi Wielkiej

 

 

Szczecin, kwiecień 2007