Akademia Morska w Szczecinie - Strona Główna
 

 

               Wspomnienia i anegdoty o kapitanie Konstantym Maciejewiczu – „MACAJU”

Materiały na środowiskową, popularno-naukową konferencję, która odbyła się 28 lutego 2009 r. o godzinie 12.oo w auli Nr 7 Akademii Morskiej w Szczecinie. ul. Szczerbcowa 4.

 

 

Prelegent : Wiktor Czapp – wychowanek MACAJA

 

  • Kpt.ż.w. Karol Olgierd Borchardt, pisarz marynista (też wychowanek MACAJA) w swojej książce „Krążownik spod Somosierry” tak pisał o kpt. Maciejewiczu: „kapitanowie o siwych włosach z czcią imię twoje wspominają i wieczorami płyną w mesach opowiadania o MACAJU”
  • Na statku do pracy popędzał nas młodych kipiący energią z czarnym chaplinowskim wąsikiem, w czapce oficerskiej ze złamanym daszkiem. Był to starszy oficer „LWOWA” Konstanty Maciejewicz nazywany przez uczniów MACAJEM. Są to wspomnienia ucznia późniejszego st. oficera na Darze Pomorza – kpt. Tadeusza Meissnera.
  • Komendant LWOWA – kpt. Mamert Stankiewicz - wspominał kpt. Eugeniusz Wasilewski - nie kochał żagli. Był wysokiej klasy kapitanem o nieprzeciętnen prezencji osobistej. Gdy jednak trzeba było zmienić hals i przebrasować reje, zwracał się do st. oficera: „Znaczy, panie Konstanty, znaczy zróbcie cokolwiek ze swoimi żaglami”, po czym dostojnym krokiem odchodził do salonu. Macaj – najwyższej klasy oficer na żaglowcach „szalał”. Po Mamercie Stankiewiczu Macaj objął dowództwo Lwowa, a później Daru Pomorza.

·         Macaj dowodząc żaglowcami ograniczał używanie silnika do minimum. Efektowne wejście Macaja do portu w Gdyni bez pilota i pod pełnymi żaglami budziły podziw tłumów. Było to nie tylko bajeczne widowisko, ale i najwyższy kunszt żeglarski. W porcie Bergen w Norwegii zachowała się pamięć o polskim kapitanie, który w 1937 roku „przyfrunął swoim białym ptakiem do samej kei.” W 1928 roku w szkolnej podróży na Morze Czarne Komendant Maciejewicz przeszedł Dardanele pod pełnymi żaglami, wzbudzając podziw w żeglarskim świecie. (Wyczyn ten 40 lat później powtórzył jego wychowanek – kpt.ż.w. Kazimierz Jurkiewicz, Komemdant Daru Pomorza). Kiedyś, po wprowadzeniu Daru Pomorza pod żaglami do portu, budzącym zawsze podziw oraz niepokój, jeden z dziennikarzy zapytał Komendanta: „Jak Pan może podejmować tak wielkie ryzyko?, coś zawiedzie i rozbije Pan statek” – na to Macaj odparł z uśmiechem: „Nie ma żadnego ryzyka. Nic nie może zawieść. Statek, chłopcy i ja stanowimy jedno”.

·         W czasie dowodzenia przez kpt. Maciejewicza „Lwowem” i Darem Pomorza było na statku zawsze dużo przygarniętych zwierząt i ptactwa. Kiedyś przy manewrach żaglami coś tam sknocono. Rozległ się przeraźliwy wrzask Komendanta. Nagle w trakcie tej ostrej reprymendy Maciejewicz pochylił się do starszego oficera pytając miękko: „A gołąbki, czy dostały grochu?” po czym grzmiał dalej.

·         Innym razem w rejsie Daru Pomorza przez Atlantyk kpt. Maciejewicz dostrzegł na relingu siedzącą pszczołę. „Pszczoła! Pszczoła! – pierwszy oficer, cukru dla pszczoły! zakrzyczał komendant w taki sposób, że cała załoga wypadła na pokład myśląc, że przydarzyło się jakieś nieszczęście.

·         Powszechnie znana była niechęć Komendanta Maciejewicza do różnego rodzaju statkowych przyjęć. W 1935 roku, po powrocie Daru Pomorza z podróży dookoła świata dyrekcja Szkoły Morskiej wydała na statku uroczyste śniadanie dla dostojnych gości miasta Gdyni. Gdy wszyscy już zebrani w salonie stali i czekali tylko na Komendanta, bez którego nie wypada siadać do stołu. Wysłano pospiesznie „szperaczy”. Jeden z nich znalazł Macaja przy żagielkoi. „Panie Komendancie, uroczyste śniadanie, wszyscy czekają”. „Powiedzcie, że dziękuję wymruczał kpt. Maciejewicz – śniadaniałem w domu.”

·         Kpt.ż.w. Eugeniusz Wasilewski w swoich uczniowskich wspomnieniach spędzonych z mistrzem na LWOWIE tak pisał: „Zadziwiał nas wszystkich zawsze swoim kunsztem żeglarskim i niesłychanym „żeglarskim nosem” w nieprzewidzianych, a niejednokrotnie groźnych sytuacjach żaglowcowej nawigacji. Dziś siedzi zgarbiony w Polskim Rejestrze Statków i przebąkuje o odpoczynku. Egzekwuje wymogi PRS-u na nowo budowanych statkach tak, jak egzekwował sumiennie przelaną na młode, szumiące wiatrem nasze głowy całą swą rzetelną żeglarską wiedzę przy egzaminach na oficerów wszystkich stopni w Polskiej Marynarce Handlowej.

·         W listopadowym numerze wybrzeżowego tygodnika 7-my Głos Tygodnia z 1962 roku ukazał się artykuł redaktora Jana Leguta. Pisze on: „W szczecińskim Klubie Naczelnej Organizacji Technicznej (NOT) odbyła się uroczystość pożegnalna wydana przez Polski Rejestr Statków na cześć odchodzącego na emeryturę kpt. Konstantego Maciejewicza. Były przemówienia, kwiaty, podarki i serdeczne „Sto lat”. Kapitan wstał ze swego miejsca: „Pewnie oczekujecie ode mnie także jakiegoś przemówienia. Nigdy nie lubiłem i nie umiałem wygłaszać przemówień, a jeżeli trzeba było przemawiać na statku, zawsze miałem z tym kłopoty. Poprosiłem o przeniesienie na emeryturę, bo spostrzegłem, że koledzy zaczynają mnie oszczędzać, a na to nie pozwala mi ambicja.....  Dziękuję dyrekcji P.R.S., że pozwoliła mi pracować, bo bez pracy związanej z morzem, bez pracy którą wykonywałem całe życie nie potrafiłbym żyć. Powiem Wam jeszcze jedno: gdybym się miał urodzić i żyć jeszcze raz, znów zostałbym marynarzem”.

·         Po egzaminach na stopnie kapitańskie odbywały się zawsze bale kapitańskie świeżo upieczonych kapitanów, a odbywały się one przeważnie w „Klubie 13 Muz”, na które był zawsze zapraszany Kapitan Maciejewicz – wspomina  kpt. Jan Prüffer. Uradowani absolwenci jednego z kursów na stopień kapitański stawili się o wyznaczonej godzinie. Jeden z nas, niczym kamerdyner oznajmiał wejście każdego z kolegów, wykrzykując świeżo uzyskany tytuł i nazwisko. W pewnym momencie, a czekaliśmy już tylko na Macaja, pojawił się on na schodach wiodących do sali klubowej. Na sali zapanowała cisza, rozległa się głośna zapowiedź: „KAPITAN  KAPITANÓW”. Ta zapowiedź była strzałem w dziesiątkę. Każdy z nas był przecież wychowankiem Macaja. A skoro teraz my mogliśmy sami siebie nazywać kapitanami, to on pozostaje naszym kapitanem, czyli kapitanem kapitanów. Z balu tego Macaj wymknął się „po angielsku”. Wyszedł razem z obecnym na balu I sekretarzem KW, który widząc z jakim szacunkiem odnoszą się do swego nauczyciela nowi kapitanowie, podbiegł z płaszczem i podał go Maciejewiczowi. Ten, nie spojrzawszy na osobę, chwycił palto i jednym ruchem zarzucił na plecy, dodając „nie mam drobnej monety”. O tym balu jeszcze długo opowiadano w mesach naszych statków. O tym, jak Macaj poszybował pod sufit podrzucany rękami wychowanków. Opowiadano o niezliczonych ilościach toastów, które na jego cześć wzniesiono podczas pamiętnego wieczoru.

·         W 1957 r. wydarzył się tragiczny wypadek. Zatonął żaglowiec szkolny „Pamir”. Zginęło wielu słuchaczy zachodnioniemieckiej szkoły morskiej. Na temat przyczyn tragedii dyskutowano także w Polsce, szczególnie w kręgu osób odpowiedzialnych za praktyki uczniowskie na „Darze Pomorza”. W dyskusji tej wziął udział kapitan Maciejewicz. Jego głos wydrukowano w miesięczniku „Budownictwo Okrętowe” w 1958 r. Kapitan zdecydowanie przeciwstawił się poglądom tych osób, które były skłonne zrezygnować z eksploatowania żaglowca jako statku szkolnego dodając, że specyfika służby na takiej jednostce w niczym nie przypomina rzeczywistości panującej na współczesnych statkach handlowych. Maciejewicz argumentował:              „Coraz większe postępy techniki w dziedzinie budownictwa okrętowego wywołują wrażenie, że niebezpieczeństwo grożące statkom ze strony morza bardzo zmalało. Jest to wrażenie złudne. Zdarzają się i zdarzać będą wypadki w których marynarz stanie oko w oko z groźną potęgą żywiołu. Przyszły oficer marynarki, nie posiadający dokładnej znajomości morza, jaką daje praktyka pod żaglami, nie docenia jego niebezpieczeństwa, nie poznaje bowiem istoty jego przyrodzonych właściwości. W chwili niebezpieczeństwa lepszym marynarzem okaże się bezspornie ten, który przeszedł szkołę pod żaglami. Moim zdaniem marynarz-żeglarz zawsze lepiej rozmawiać będzie morze i górować będzie znajomością spraw fachowo-morskich nad marynarzem nie posiadającym praktyki żeglarskiej. Praktyka na żaglowcu zmusza marynarzy do stałych, ustawicznych obserwacji zjawisk atmosferycznych i do czynnego ustosunkowania się do nich, do walki z nimi i przezwyciężania ich. Ja sam zostałem wychowany w ogromnym poszanowaniu tradycji morskich i od małego ucznia przywykłem uważać swój statek za kochany dom i to pozostało mi na zawsze. Należy i u nas zwrócić baczniejszą uwagę i poświęcić więcej serca naszym tradycjom morskim”.

I tu mała dygresja:   W kołach dobrze poinformowanych mówi się o budowie przez miasto Szczecin i Akademię Morską w Szczecinie żaglowca szkolnego dla studentów. Wiadomość tą środowisko morskie Szczecina wita z dużym zadowoleniem i życzy dużo sił twórczych na realizację tego zamiaru.

·               Wiele dobrego mogę powiedzieć o kapitanie Maciejewiczu - wspomina sędzia Izby Morskiej, Zdzisław Wunsch.  Byłem często świadkiem wielkiego szacunku, jakim darzono kapitana. Jego głos w dyskusji, orzeczenia i wnioski były wysłuchiwane z wielką  uwagą. Pewnego razu rozpatrywana była przed Izbą Morską sprawa kilku oficerów. Kpt. Maciejewicz uczestniczył w niej jako świadek. Na pytanie sędziego, czy świadek jest obcy w stosunku do stron, Maciejewicz oburzył się i wykrzyknął: „Skąd – to są moi wychowankowie!”

·               Wspomina jeszcze kpt. Jan Prüffer:  „charakteryzował się zupełnie oryginalnym sposobem bycia. Pewnego razu przed Izbą Morską, gdy słuchał wyjaśnień składanych przez zainteresowanego, skomentował je krótko: „dupa nie oficer”, ale tylko Macaj mógł sobie pozwolić na taki komentarz.

·               Niekiedy na posiedzeniach Izby Morskiej siadał wygodnie i nie zważając na nikogo ucinał sobie drzemkę. On wiedział o tej sprawie już wszystko po przeczytaniu materiałów wstępnych. Co kilka minut budził się jednak, nachylał się w moją stronę – wspomina kpt. Jan Prüffer i pytał: „co on tam mówi, panie kolego?”. Odpowiadałem, zgodnie z własnym sumieniem,  że nic ciekawego, a prawdę mówiąc , to głupstwa. „Tak też i ja myślałem” odpowiadał kapitan i drzemał dalej.

·               W gmachu Szkoły Morskiej na Piastów słynne były w owych czasach „Bale Morskie”. Dla zorganizowania ich należało jednak uzyskać zgodę dyrektora, czyli Macaja. Szła delegacja z Jurkiem Homą na czele, który pod drzwiami gabinetu grał na akordeonie „La Paloma”. Po wejściu delegacji uczniowskiej Macajowi szkliły się oczy, a to znaczyło, że dyrektor jest już „zmiękczony” i oczywiście zgadzał się na naszą prośbę. Były to niewątpliwie łzy wzruszenia spowodowane jakimś wspomnieniem z przeszłości. Próbowaliśmy dowiedzieć się od jego synów – Konstantego i Olgierda powodu , ale wyjaśnienia nie uzyskaliśmy. Tę tajemnicę Kapitan Maciejewicz zabrał ze sobą, odchodząc na wieczną wachtę.

·               Kapitan Maciejewicz był wspaniałym żeglarzem i dowódcą. Kochali i uwielbiali go wszyscy jego podkomendni, a zarazem wiedzieli, że jest to człowiek o gołębim sercu. Mógł szaleć na pokładzie i w gmachu szkoły i wywrzaskiwać swoje słynne chaliera, psiakrew, do diabła”, a wszystko z jego charakterystycznym rosyjskim akcentem. Na wykładach, które prowadził, rakiety spadochronowe zawsze nazywał „paraszutnoje rakiety” Jako kapitan żaglowca nie miał sobie równych. Nie wyobrażano sobie sytuacji na morzu, z której kpt Maciejewicz nie potrafiłby wyjść zwycięsko. W statystyce „Polskie żagle przy Cape Horn”, na pierwszym miejscu wymienia się Dar Pomorza z datą 1 marca 1937 r. pod dowództwem kpt.ż.w. Konstantego Maciejewicza z obsadą 98 ludzi na pokładzie.

·               Jeden z uczniów, który miał szczęście płynąć z kpt. Maciejewiczem, , kiedy objął on dowodzenie statku szkolnego „ZEW MORZA”, po latach rozpoczął spisywanie swoich wspomnień od słów żeglarskiej piosenki: Był kapitan dzielny chwat, który zwiedził cały świat, w jego żagle dmuchał wciąż morski wiatr.  Swoje wspomnienia zakończył natomiast zdaniem: „Dziś, po pół wieku od tamtych chwil, gdy szron na głowie, mogę z całą odpowiedzialnością potwierdzić całą prawdę o Kapitanie Konstantym Maciejewiczu, iż celem jego życia było wpoić nam - „dzieciom” zamiłowanie do morza, wychować świetnych marynarzy, którzy z czasem osiągną kapitańskie galony, żelazne serca gdy chodzi o zasady i odwagę w walce z żywiołem wyrobią cechy prawego obywatela i dobrego Polaka. Chylę pokornie przed nim głowę.

·               Uczeń Antoni Ratajczak, dziś inż. kpt., tak wspomina: Gdy nadszedł dzień jego zmustrowania z pokładu „ZEWU MORZA”, a było to 19 sierpnia 1955 r. staliśmy wszyscy w szeregu na pokładzie żaglowca. Macaj podchodził do każdego z nas, ściskał nasze dłonie. Miał łzy w oczach, zresztą nie tylko on. Patrzyliśmy jak schodził po trapie, pozostawiając nam pamięć przeżytej przygody żeglarskiej, niestety ostatniej pod jego dowództwem. Pozostawił po sobie wizerunek człowieka morza, znającego i rozumiejącego morze, które nie zawsze bywa dla marynarza łaskawe. Kpt. Maciejewicz pozostał w naszej pamięci jako marynarz i kapitan wymagający zarówno od siebie jak i od podwładnych, jako człowiek uczciwy, wrażliwy i romantyczny.

 

Jeszcze 22 października 1972 r. stał na trybunie honorowej na inauguracji roku akademickiego Wyższej Szkoły Morskiej w Szczecinie. Prężyły się przed legendarnym Macajem wyrównane szeregi słuchaczy morskiej uczelni.

Kapitan żeglugi wielkiej KONSTANTY MACIEJEWICZ odszedł nagle w dniu 25 października  1972 roku na wieczną wachtę. Miasto Szczecin w uznaniu jego zasług wyznaczyło mu miejsce wiecznego spoczynku w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie. Na miejsce spoczynku odprowadzili go jego wychowankowie, oddział studentów oraz sztandary Uczelni, Rektorzy, Dziekani uczelni szczecińskich, armatorzy i delegacje przedsiębiorstw morskich, PRS-u, Sędziowie Izby Morskiej i społeczeństwo Szczecina.

Po całym wybrzeżu rozeszła się błyskawicznie wiadomość o odejściu na zawsze najbardziej zasłużonego wśród zasłużonych ludzi morza – niestrudzonego i niezapomnianego wychowawcy kilku pokoleń oficerów i marynarzy

POLSKIEJ  MARYNARKI  HANDLOWEJ

Zgodnie z mottem że: „Człowiek żyje tak długo, jak długo trwa pamięć o nim”, nadanie Akademii Morskiej naszego morskiego Szczecina imię kpt.ż.w. Konstantego Maciejewicza, wybitnego pedagoga morskiego, wybitnego żeglarza, zacnego Polaka, będzie najpiękniejszym i najtrwalszym pomnikiem dla naszego ukochanego „MACAJA” – legendarnego KAPITANA KAPITANÓW.

Jestem też przekonany, że taki patron Akademii Morskiej podniesie prestiż naszej szczecińskiej morskiej uczelni.

 

Wspomnienia zebrał od kolegów, wyszperał w archiwalnej prasie i książkach oraz dodał własne  wspomnienia o kpt. Konstantym Maciejewiczu wychowanek Kapitana, absolwent P.S.M 1953 r. z al. Piastów

                                                                                           Wiktor Czapp

Szczecin, luty 2009 r.